Od kilkunastu dni, jak tylko przekroczę próg mojego biura, wita mnie dźwięk dzwonków, radośnie doczepionych do rączych reniferów z Laponii, oczywiście renifery nie czekają zaraz za progiem, one zwyczajnie wdarły się do rozgłośni radiowych, a że zwykle jestem kilka minut po ósmej w pracy to ktoś już zdąrzy pootwierać wszelkie możliwe kanały radiowe, którymi to owe renifery wdzierają się.
Niby nic a jednak..
Nie, żebym miała coś do czekoladowego renifera, ja nawet nie mam nic do tych podoczepianych świątecznych dzwonków, ale za to mam do samych świąt..
Pamiętam z dzieciństwa zapach pierników, które piekła moja babcia.
Babcia nie była zwykłą babcią, Babcia była czarodziejką o pogodnej, acz pooranej przez czas zmarszczkami, twarzy. Miała miękkie dłonie, gładko zaczesane włosy, upięte w gigantycznych rozmiarów kok a w nim szylkretowe klamry, pachniała lawendą i starością. Krzątała się zawsze po domu z zatroskaną twarzą a przed świętami nabierała niezwykłej sprawności i szybkości w lepieniu pierogów, doglądaniu wczesniej wymienionego piernika, kręceniu maku po raz setny oraz sprzątaniu, jak to ona mówiła , izby.
Kiedy Babci-czarodziejki już nie było święta kojarzyły mi się z oczekiwaniem na ojca, który zwykle przed świętami pakował większe ode mnie walizki i wyjeżdżał a to do Bułgarii, a to na Węgry, a to do Rumunii handlować rodzimymi produktami wątpliwej jakości z naszymi południowymi sąsiadami.
Wracał po kilkunastu dniach z tak samo wypchanymi torbami, ale tym razem rarytasami, obłędnie pachnącymi brzoskwiniami, złoto-słonecznymi mandarynkami i czekoladą.
Teraz, po latach, święta nie kojarzą mi się z niczym co pamiętam z dzieciństwa.
Na siłę wieszane błyszczące choinki zaraz po Święcie Zmarłych, nachalne stragany z bombkami od połowy listopada, opłatek wrzucony niedbale do skrzynki pocztowej z rozpaczliwym "co łaska" i numerem konta, na którą tą "co łaskę" należy wpłacić.
Patrzę na to z politowaniem i nawet gdybym miała pominąć kwestię mojego podejścia do wiary, a którą zapewne niedługo przedstawię, to z pełną świadomością stwierdzam, że święta nie mają nic wspólnego ze świątecznością. Nabrzmiała, wszechobecna komercha, ot co.
Ostatnie mrozy, pusta przestrzeń, IT Crowd
-
Wieczór. Ostatnie dni mrozów, mam nadzieję, że nie wrócą już tej zimy. A za
trzy dni mocno plusowe temperatury. Uff, co za ulga. Najostrzejsza zima,
ja...
2 dni temu


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz