środa, 17 grudnia 2008

Wszystko się sprzysięgło.

Nie wiem skąd to się bierze, ale podążając za smęcącą się w Zetce kolędą-pastorałko-piosenką, ( jak to się do cholery nazywa??!) jest taki dzień, zwykły dzień... kiedy ozywają rzeczy martwe. Najczęściej oczywiście ozywają wtedy, kiedy dzień wypchany jest zajęciami jak parciany worek owsem, zaraz po sierpniowej zbiórce.
Cały wczorajszy dzień wyglądał właśnie tak, jakby armia nieożywionych przedmiotów wokół mojej własnej osi napiła się ożywiającego eliksiru i po latach upokorzeń stanęła ramię w ramię w pełnym rynsztunku, żeby w końcu pokonać swego prześladowcę, czyli, wypisz, wymaluj mnie.
Tak więc połyskiwały w słońcu i koncerze w rękach husarów i halabardy i zwykłe szable, ale za nimi podązały niestety w zwartym szyku, bardziej współczesne działa artyleryjskie i obrona przeciwlotnicza. Przepadłam..
Dzień zaczął się jak zwyke 07:10 i już wtedy powinnam była dostrzec ciemne chmury na firmamencie nieba, a zaraz po tym zakopać się w pierzyny i tak przeleżeć do końca dnia, wiedziona słusznym przeczuciem, ze coś nie gra, ale nie, licho mnie tknęło.. Wstałam i to był początek końca...
C.D.N.

Brak komentarzy: