wtorek, 6 stycznia 2009

Wywołana do tablicy...

Juz miałam napisać o tym jaka jestem mało asertywna, ale zaczęłam dzień jak zwykle od przeczytania ulubionych blogów. Dlatego poczułam się wywołana do tablicy. Rzecz dotyczy komentarza, który umieściłam na blogu Soul.
Napisałam - " Ja nie mam tatuaży, po moich doświadczeniach zostały tylko głębokie blizny". Jako, że wpis pierwotnie był inny, mój komentarz dotyczył tego co przeczytałam wcześniej.
Psychicznie jestem oblepiona bliznami, niestety nie mają one nic wspólnego z artyzmem tatuażu, wiele z nich ciągle się jątrzy i ropieje, zalecza nie wiadomo kiedy, po to, żeby w najmniej oczekiwanym momencie przeszyć skręcającym bólem raz jeszcze. Inne, te stare, juz zasklepione chyba dodają mi uroku, wiem jakim narzędziem zostały zrobione, więc unikam go jak ognia, tak samo zresztą jak wszystkich jemu podobnych.
Moja dusza jest jedną wielką skaryfikacją,skaryfikacja, która nie jest zamierzona, więc próżno szukać tam regularnych linii i fantazyjnych wzorów, bardziej przypomina ciało Conana niż pozwala na podziwianie kunsztu rzemieślnika rzeźbiącego skalpelem w ludzkiej skórze.

To tyle w kwestii psychicznych blizn-tatuaży.

Może przez to właśnie, podświadomie, chcąc ukryć te defekty, zdecydowałam się na prawdziwe?

Lubię swoje malunki, pierwszy z nich pojawił się 11 lat temu, kolejne po znaczących zdarzeniach w moim życiu, nie chciałabym ich nie mieć, zrosły się ze mną, są częścią mnie.
I mimo tego, że wykonywane igłą i głośno buczącą maszynką, ingerujące w strukturę skóry są delikatne i niewyczuwalne przy dotyku.

Chciałabym, żeby te pierwsze, kiedyś też były tylko ornamentem a nie kawałkiem pocharatanego mięsa nieumiejętnie zszytym przez czaso-chirurga.

2 komentarze:

Marysia pisze...

Cała jesteś tatuażem.
Artyzmem w czystej formie.

Wiesz ile dla mnie znaczą komplementy, wiesz co znaczą, wiesz czym dla mnie są dobre, słodkie, jak lepka Nalewka babuni słowa... są trawą, chwastem, który wrósł w ludzi i nikt nie pamięta już, że nie jest to roślina endemiczna tego obszaru jaźni... że to coś nie stąd. I Ty taka jesteś. A komplementy i lepkości, którymi mogłabym Cię godzinami opisywać też daleką drogę przebyły.
Fascynuję się Tobą.
Niezdrowo?!
Zdrowo.
Bo każda pasja z dobra się rodząca sercu służy.

A Twoje rany i blizny.
Dodają Ci tylko piękna.
Widziałam je nieraz. Z bliska.
Bliznowiec też potrafi " trącić" sztuką.

Pan "Ktoś" pisze...

Prawda jest taka, że kocham tatuaże. Co będę kłamał - ubóstwiam je! Nigdy nie będę miał żadnego, ale są dla mnie czymś nadzwyczajnym. Jedna z rzeczy, co kręci mnie na tej ziemi tak mocno, że… - właśnie, słowa tego nie opiszą.

Kocham je oglądać na Ciele, wówczas ożywają - tętnią życiem. Obrazują je, jak i samego ich właściciela. Ukazując emocje chwili. Uwielbiam „czuć” pod opuszkami palców te arcydzieła. Ta ich magia i energia…

Twój komentarz mi się naprawdę podobał. Nie ma znaczenia, że pokazał się w momencie mojej myśli spisanej w biegu. Mającej mi uświadamiać, iż mam w wolnej chwili oddać się pisaniu. Tym bardziej go doceniam gdyż temat był i jest metafora, przeżyć własnych.

A jeżeli Marysieńka mówi, że tak jest - to ma rację blondasek. Ja nie sprzeczam się z nią. Jest od mnie o wiele mądrzejsza.